Po raz drugi oprócz mojej mamy towarzyszyły mi dwie koleżanki. Do Wisły dotarłyśmy w środę rano i od razu udałyśmy się do miejsca noclegu, aby zostawić walizki, a później pojechałyśmy na zakupy żeby zapełnić lodówkę prowiantem na śniadania i kolacje. Jakież było moje zdziwienie kiedy kasjerka prosiła mnie o okazanie dowodu przy zakupie wina. W drodze powrotnej wstąpiłyśmy na obiad do pizzerii na rynku, a następnie wróciłyśmy do naszego domku. Z uwagi na to, że nocowałyśmy bardzo blisko skoczni udałyśmy się na nią żeby wjechać na górę i obejrzeć widoki. Było nas nieparzyście więc postanowiłam przezwyciężyć swój lęk wysokości i wjechać na górę sama. O ile wjazd nie był większym problemem, o tyle zjeżdżając przeżyłam kilka zawałów w każdej chwili kiedy krzesełka na chwilę zwalniały. Siedząc później na trybunach skoczni obserwowałyśmy trening kadr Norwegii, Japonii i Słowenii. Co ciekawe norwescy skoczkowie skakali na nartach Czechów.
Każdy następny dzień wyglądał tak samo. Wczesna pobudka, śniadanie, podróż autobusem pod halę w centrum, na której odbywały się treningi skoczków, obiad, powrót do domu i spacer na skocznie. W czasie pierwszej wizyty pod halą poznałyśmy tam niesamowicie miłe dziewczyny, z którymi trzymałyśmy się przez resztę wyjazdu. Przed konkursem drużynowym po obiedzie wstąpiłyśmy do cukierni "U Janeczki" po ciastka mistrza, bez których wyjazd na skoki nie może się odbyć.
Wypadałoby napisać też trochę o wynikach więc pora na małą zmianę tematu.
Kwalifikacje wygrane przez Macieja Kota niosły ze sobą nadzieję, na dobre wyniki konkursu zarówno indywidualnego jak i drużynowego. Oczekiwania oczywiście zostały spełnione, konkurs drużynowy wygrała reprezentacja Polski z przewagą 12,2 pkt nad drugą ekipą z Norwegii i 42,8 do drużyny z Niemiec.
W konkursie indywidualnym już po pierwszej serii na samej górze tabeli wyników znajdowała się biało-czerwona flaga. Pozostało tak i w drugiej serii, zmieniło się tylko nazwisko przy niej.
Ostatecznie zwyciężył Dawid Kubacki po skokach na odległości 128 i 132,5 m, drugi był Maciej Kot z odległościami 133 i 127,5 m, a trzeci Karl Geiger z Niemiec ze skokami na 130 i 128m.
Pozostali Polacy zajęli miejsca: 5. - Stefan Hula, 13. - Piotr Żyła, 29. - Jakub Wolny, 31. - Kamil Stoch, 34. - Klemens Murańka, 35. - Aleksander Zniszczoł i 42. - Przemysław Kantyka.
Wielkim zaskoczeniem dla kibiców na skoczni i zapewne dla tych przed telewizorami również był brak Kamila Stocha w drugiej serii. Niestety skok na 119 metr nie mógł dać mu awansu.
Nie mogę nie wspomnieć o organizacji zawodów gdyż moim zdaniem bazując na wspomnieniach z poprzednich lat w tym roku zawiodła ona w kwestii tego co działo się w trakcie i po zawodach. O ile w dniu kwalifikacji było całkiem spokojnie tak w dniu konkursu drużynowego ochrona nie radziła sobie z kibicami. Wielokrotnie fanki przewracały barierki oddzielające kibiców od ścieżek, którymi przechodzili zawodnicy, a na sektor "VIP", czyli tzw. FIS Family wchodziły przypadkowe osoby. Następnego dnia sprawa tego sektora została rozwiązana co od razu dało się zauważyć, gdyż na pierwszy rzut oka było widać, że znajdowało się tam o wiele mniej osób. Kwestia barierek "naprawiona" została dopiero pod koniec przekładanego w czasie z uwagi na wiatr konkursu indywidualnego. Wzdłuż nich postawiono bardzo wielu ochroniarzy co mi się bardzo nie spodobało ponieważ odebrało to kibicom możliwość na zdjęcia z zawodnikami skutecznie ich zniechęcając. Jeszcze bardziej zdenerwowała mnie i jednocześnie zawiodła zorganizowana dla zawodników i osób z team'ów droga do autokarów. Nie opuszczali oni bowiem placu przed domkami wyjściem przez otwarte barierki przy kibicach, a tyłem, za ogrodzeniem co wyglądało zarówno śmiesznie jak i żenująco sprawiając wrażenie jakby uciekali przed kibicami. Dostępu do autokarów również pilnowała ochrona nie pozwalając nikomu podchodzić.
Zawiodłam się na tym strasznie ponieważ w ubiegłych latach ze skoczni wychodziłam ok. 2h po zakończeniu rywalizacji przez to, że czekałam na zdjęcia i autografy, a w tym roku opuszczałam teren po niecałej godzinie ponieważ zwyczajnie mało było okazji do zdjęć na samej skoczni. W tych momentach najbardziej brakowało mi tam osoby Stefana Krafta, który zawsze cierpliwie rozdawał autografy i pozował do zdjęć.
Mam nadzieję, że było to pierwsze i ostatnie LGP zorganizowane w taki sposób na jakim byłam.
Jutro powinnam dodać post ze zdjęciami 😊
P.S. Wpis dedykuję moim towarzyszkom wyjazdu, dwóm nowo poznanym towarzyszkom kibicowania i koleżance, która w tym roku nie mogła być tam z nami, ale dzięki filmikom była na bierząco z wydarzeniami. Dziewczyny! To dla was 😘
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz